niedziela, 23 września 2012
Domowo
Zły wirus męczył nas przez cały tydzień i nie puścił do tej pory. Zupełnie jak w listopadzie albo w marcu, a nie w pięknym, słonecznym wrześniu. Ostatnie dwa dni szkolnego tygodnia zostałam z dziećmi w domu (na moją skromną osobę, z racji braku gorączki, na pewno nie dostałabym zwolnienia lekarskiego). W domu, jak zwykle, jest bardzo miło. Weekend, zamiast zaplanowanych wcześniej wyjść, zrobiliśmy sobie planszówkowo - filmowy. My z Tomkiem jesteśmy od paru dni w trakcie starego serialu Saga rodu Forsyte'ów, doskonale sfilmowanego i zagranego, dzisiaj wieczorem szósty odcinek. A od Norwegów (naszych gości sierpniowych) dostaliśmy świetną grę, "Sequences", zatem bawimy się całkiem dobrze.Gdy jestem w domu, więcej gotuję i dopieszczam rodzinę. Myślę sobie wtedy, że tak powinno być zawsze, że może rację ma Janeczka, dla której tak ważne są domowe, dobre posiłki zamiast szkolnych obiadów i domowe ciasta, o których pieczenie się tak często dopomina. Bo jednak nie da się tak wszystkiego idealnie dopiąć, gdy chodzę do pracy. Ale dobrze, że jest jak jest, że mam tę pracę. A w domu i tak byłam z dziećmi długo. W ramach leczenia jedzeniem Tomek w tym tygodniu, z własnej inicjatywy jadł kaszę, ryż i warzywa zamiast ciężkich, białkowo-mięsnych dań. Z dziećmi jakoś się to nie udało, ale też im podawałam różne potrawy i napoje, specjalnie na wyzdrowienie. Jednym z nich był "Napój magiczny", przygotowany z gorącej wody, plastrów surowego imbiru, cytryny, grapefruita i syropu malinowego. Do wypicia przed położeniem się do łóżka. Zainspirowałam się tu doskonałymi, zimowymi herbatami, jakie podają w Jazz Cafe na Służewie. O ile dobrze zapamiętałam, wyglądało to tam, mniej więcej, tak:
Zielona herbataimbircytryna(jeszcze coś, napiszę, jak mi się przypomni)czarna herbataplastry pomarańczygoździkisyrop malinowyDo tego upiekłyśmy razem z Janeczką drożdżowe ciastka według staroświeckiego przepisu. Może podam, ktoś wykorzysta, bo całkiem dobre. Od kształtu i nadzienia nazwałyśmy je Syryjskimi księżycami, nadziewanymi konfiturą różaną z Syrii, którą kiedyś dostałam od siostry, a niedawno odkryłam w kredensie.Syryjskie księżyce5 dkg drożdży2,5 szklanki mąki2 łyżki cukru1/2 kostki masła2 jajkaszczypta soli1/2 łyżeczki cynamonu1. Zrobić rozczyn z drożdży z odrobiną ciepłego mleka lub wody i cukru.2. Mąkę wymieszać z masłem, jajkami, cukrem, cynamonem i wyrośniętymi drożdżami. Wyrobić przez 10 min, odstawić, aż urośnie.3. Rozwałkować, wycinać szklanką kółka, nakładać konfiturę z róży, sklejać brzegi jak przy pierogach.4. Upiec w 180 st aż się mocno zazłocą.Przy jedzeniu ciastek padła propozycja nazwania ich Tureckimi Księżycami, bo to się nam skojarzyło silnie z jednym z odcinków czeskiej bajki dla dzieci o Makowej Panience. Pamiętacie może jeszcze ten film? Jako mała dziewczynka przepadałam za eteryczną bohaterką w pięknej, czerwonej spódnicy, lecz gdy zdarzyło mi się obejrzeć film już jako dorosłej osobie, zdębiałam: aż gęsto od aluzji bynajmniej nie dla dzieci przeznaczonych, głównie erotycznych i halucynogennych. Absolutne "drugie dno", by i dorośli mieli rozrywkę.Dlaczego jednak ostatecznie księżyce zostały syryjskie, a nie tureckie? Obecna przy stole Dorotka opowiedziała nam wszystkim historię powstania flagi tureckiej. Oto waleczny Murad I po zwycięstwie pod Kosowym Polem ujrzał w kałużach krwi odbijający się księżyc i gwiazdę... Skojarzenie to błyskawicznie odebrało nam apetyt. Może to i legenda, ale jakże wiele mówiąca. W Syrii teraz, niestety, nie jest lepiej, ale przynajmniej konfitura była z ich róż.A potem jeszcze rozmawialiśmy przez chwilę o różnych flagach i ich symbolice. Włoska - jednoznaczne skojarzenie moich dzieci: sałatka caprese. Polska - moja pierwsza myśl pobiegła tropem wiersza Pawlikowskiej o opatrunku, który zowiesz się sztandar (zakrwawiony, oczywiście). Rosyjska i chińska - niestety, podobne do tureckiej, aż strach rozwijać skojarzenia. I tak dalej...
niedziela, 16 września 2012
apulijskie wspomnienia
(Okienko w Gallipoli)
Jesiennie już coraz bardziej, rzadko zaglądam teraz do bloga, jakieś zniechęcenie i melancholia się zakrada. Jakże bliskie mi jest to, co pisał p. Lech, o życiu bardziej nie na ekranie, tylko - o życiu, po prostu.
Początek roku, jak zwykle, okazał się wyczerpujący, Dorotka zmieniła szkołę - i wygląda na to, że słusznie :-). I znowu dopasowywanie planów lekcji do naszych rozkładów jazdy w pracy, jak dobrze, że przynajmniej jedno się zmienia: dzieci są coraz starsze, właściwie prawie nie trzeba już opieki i pomocy z zewnątrz, jeszcze trochę, a będą już całkiem samodzielne. cieszę się coraz bardziej, że mam już duże dzieci, "absolutnie osobne", chociaż przytulać się jeszcze chcą, na szczęście.A dzisiaj niedziela, zrobiliśmy sobie ulgowy weekend, bo dopadło nas choróbsko. Wszyscy, oprócz Hani, złapaliśmy wirusa. Ja też, ale się trzymam.
Miałam, kiedyś, dawno i nieprawda, napisać o Apulii, gdzie byliśmy w wakacje. Już dawno chcieliśmy dotrzeć aż tam daleko, na czubek obcasa włoskiego buta. "I always liked going south"... So we did.
Droga nasza wiodła przez region Wenecji Friulijskiej (gdzie zatrzymaliśmy się na dwie noce w pobliżu Aquilei), Rzym (tam również stanęliśmy, jak to się mawiało, na cztery dni). Pogoda, jak rzadko w sierpniu, nie była zabójczo upalna, właściwie prawdziwy żar poczuliśmy dopiero zjeżdżając z Rzymu na południe. Dodam, że nie działała nam klimatyzacja (zawsze tak jeździmy), a nasz samochód - staruszek był mocno niepewny: dwa tygodnie przed wyprawą zagotował nam znienacka akumulator, odparowując wodę. Wywołało to nieziemski, organiczny smród zepsutej cebuli (siarka!), zupełnie nie samochodowy, co uśpiło naszą czujność. "Komuś wywaliło kanalizację", myśleliśmy ze współczuciem, dopóki nie odkryliśmy, że smród ciągnie się jakoś podejrzanie za nami. Niby zrobiliśmy przegląd przed samym wyjazdem, ale niepewność pozostała. Oraz nawyk pociągania nosem, celem sprawdzenia, czy nie śmierdzi. Nie masz to jak stary gruchot, ćwiczymy w nim nie tylko zmysł wzroku, ale i słuchu (bezustanne skupienie na odgłosie pracy silnika), no, i ostatnio węchu. Na szczęście dotarliśmy do celu i powróciliśmy do domu, co istotne, bez interwencji, kochany samochodzik, naprawdę. Strach pomyśleć, co by było, gdyby się rozkraczył na pustkowiu, w tym upale potwornym, a my w piątkę z bagażem. Droga na południe była nieco zatłoczona, Włosi tradycyjnie jadą na wakacje w sierpniu, najchętniej, zresztą, na pogardzane przez resztę roku Południe. Sporo odpadło w Kampanii, wybierając na wypoczynek okolice Capri i Amalfi. Gdy mijaliśmy Wezuwiusza, coś przy drodze się paliło, więc w powietrzu fruwały płatki sadzy, bardzo to było sugestywne :-). Niesamowite - cała kraina, tysiące domów, przytulonych ufnie do wielkiej, ognistej góry. Wezuwiusz, w przeciwieństwie do dymiącej sobie i od czasu do czasu strzelającej Etny, jest cichy. Introwertyczny, jak mężczyzna, może wybuchnąć z niespotykanym impetem. Tak to jest, gdy się nie wentyluje zbierających się uczuć :-)Za Kampanią wjechaliśmy do Bazylikaty, najrzadziej zaludnionej i mało znanej krainy.Pustkowia, bezwodne góry z rzadka porośnięte, powietrze drgające od upału. Ceny kawy na stacjach benzynowych niższe prawie o połowę w porównaniu z Rzymem wskazywały, że zmierzamy w dobrym kierunku. I tak się to ciągnęło, setki kilometrów. Przyczółki cywilizacji w postaci infrastruktury przy autostradzie wyglądały trochę jak z filmów o Dzikim Zachodzie. Dzieci marzyły o lodach i mówiły tylko o tym. Dopiero pod wieczór dojechaliśmy Alezio w pobliżu Gallipoli, gdzie mieliśmy wynajęty domek. Nota bene, wynajęty za pieniądze nawet mniejsze, niż niejedna miejscówka nad morzem w Polsce. I, na szczęście, nie okazało się to jakimś nieporozumieniem: miejsce doskonałe, dom nieduży, ale zadbany, wyposażony, położony w absolutnie spokojnym miejscu, w oliwnym sadzie, daleko od dyskotek, sklepów, hałasu. Na tarasie jedliśmy posiłki, a trawę podlewały co wieczór zraszacze - ulubioną rozrywką naszych dzieci było bieganie pod strumieniami wody. Niestety, nie zawsze udawało nam się utrafić na moment zraszania, raz nawet zostaliśmy specjalnie wieczorem w domu, i nic, "facet od zraszaczy" nie przyszedł, co za porażka!Okolice, w którym mieszkaliśmy, to subregion zwany Salento, czyli starożytna Messapia, od nazwy szczepu, który zamieszkiwał tereny Magna Grecia. Greckie wpływy widać na każdym kroku, i to zarówno te antyczne, jak i bardziej współczesne w postaci niezbyt ciekawej miejscami, białej, klockowatej zabudowy wsi i miasteczek. Grecki jest obecny również w nazewnictwie miejscowości, pamiątkach historycznych, starych szlakach i drogach. Starożytna Via Appia dochodziła najdalej do Brundisium, nie zahaczając nawet o region Salento, zapomniany, spieczony słońcem, pustynny.
Krajobraz Apulii przypominał miejscami jakieś afrykańskie, pustynne impresje: czerwona ziemia, z rzadka jakieś kolczaste zarośla i eukaliptusy, w miasteczkach palmy, często umierające na jakąś swoja chorobę. Ziemia zgryzoty, jak pisał o Puglii Ernesto de Martino w swojej książce poświęconej tarantyzmowi. I oliwki, wszędzie, jak okiem sięgnąć, przemierzając interior salentyński. Bo oliwa jest złotem Apulii. W starych sadach drzewa kilkusetletnie, okolone białymi murkami z kamienia, tak pewnie wygląda też latem Sycylia, którą oglądaliśmy zieloną wiosną. W wielu miejscach oliwkowe drzewa usychają, nie zdołaliśmy się dowiedzieć, dlaczego. Stare sady, które przecież musiały dorosnąć do swojego wieku,wraz z przydrożnymi eukaliptusami umierają, przybierając barwę miedzi, o ton jaśniejszej od rdzawej ziemi.I druga twarz Apulii: ta odwrócona do morza, z wybrzeżem tak pięknym, że zapada na zawsze w pamięć. Morze we wszystkich kolorach zieleni i błękitu, plaże piaszczyste, skaliste, z głębokimi zatokami. Jak już kiedyś pisałam, nie miałam dotąd najlepszego zdania o włoskich plażach, zatłoczonych do nieprzytomności, nudnych, gorących; unikałam jak ognia takich klimatów. Bo dla Włochów naprawdę wakacje = plaża, jak dwa razy dwa. I wszyscy tam jadą, przesiadują od rana do wieczora, smażąc ciała na potęgę. I często jest ciągle ta sama od lat plaża, jak w znanej piosence.My wypróbowaliśmy wiele miejsc, znaleźliśmy też swoje ulubione, gdzie najczęściej jechaliśmy popływać. Zawsze jednak było coś ciekawego do obejrzenia w pobliżu. Chociażby położone po drugiej stronie obcasa Capo d'Otranto - jedno z lokalnych finis terrae, najdalej na wschód wysunięty przylądek Italii.(Okolice Capo d'Otranto)(Morze po naszej, zachodniej stronie)Ciekawą wycieczkę zrobiliśmy sobie na południowy cypel apulijski, kolejny finis terrae, do Santa Maria di Leuca. Miasteczko, podobnie, jak inne w pobliżu, jarzące się aż w słońcu w bieli. Leuca - to greckie słowo, właśnie biel oznaczające (leukocyty, czyli białe ciałka krwi, zgadza się...). I latarnia morska, piękna i jasna.Oprócz wybrzeża, zwiedzaliśmy też trochę różne urocze miasteczka i miasta, nie za dużo jednak, bo było bardzo gorąco. I w końcu chcieliśmy też poleżeć plackiem i pięknie nic nie robić, co się też w sumie udało. Szkoda, że tak krótko...Najbliżej z Alezio było do Gallipoli. Nie do tego jednak słynnego z filmu (które znajduje się w Turcji), lecz do całkiem miłego, niegdys rybackiego miasteczka. Pokochałam je od pierwszego wrażenia, może dlatego, że nie spodziewałam się tego uroku. Jeździliśmy tam sobie czasem wieczorami na lody i granity, a rano na targ rybny. I na spacer, po prostuc.d.n.
wtorek, 28 sierpnia 2012
znowu gościnnie :-)
(Tibilisi, Gruzja)
Ostatnio nadrabiam i odsypiam senne zaległości, zajrzałam jedynie na chwilę, by dać znak, że jeszcze tu jestem.
W ostatni weekend - znów goście. Mieli być Michael i Liv, którzy gościli całą naszą piątkę dwa lata temu w Norwegii, a tego roku przyjechali na międzynarodowe spotkanie Servasu w Polsce. Tymczasem tak się złożyło, że oprócz nich nocowali u nas również Jack z Chin i Gustavo z Boliwii. I było bardzo, bardzo sympatycznie. Moja rodzina kończyła właśnie pobyt w M., mogłam więc przyjąć pod dach wszystkich czworo. Następnego dnia Tomek wrócił z dziećmi, zdążyli się jeszcze minąć z gośćmi w tzw. przelocie, tylko Boliwijczyk został jeszcze do poniedziałku, bo dopiero wtedy miał samolot.Przeżyłam więc niezwykle interesujący weekend, obfitujący i w inne, nieoczekiwane spotkania. Poznałam m.in Dereka z Nowej Zelandii, który statystował w filmie "Władca pierścieni" (obejrzałam już stosowny fragment, widać go tak przez dwie sekundy, mniej więcej), a także i kierowcę taksówki, którą jechaliśmy na servasovskie spotkanie, a który okazał się być moim bliskim sąsiadem i ... stałym nocnym bywalcem akustycznego skweru, o którym pisałam niedawno w związku z hałasami nocnymi ("świetne miejsce, proszę pani, policja się nie kręci, i w ogóle"). Jednym słowem, ciekawie i intensywnie, nocne rozmowy, a przy moim stole - ludzie z czterech kontynentów (Michael pochodzi z USA). Każdy wszystko robi trochę inaczej, nawet jeśli to jest zwykłe jedzenie owoców, inne w Azji i jeszcze bardziej odmienne w Ameryce Południowej. W rodzinie Jacka kobiety zmuszano do aborcji, a jego poczta na gmailu jest systematycznie czytana przez chińską bezpiekę... A Gustavo wychował się w miasteczku, które leży na wysokości powyżej trzech tysięcy metrów, czyli wyżej, niż kiedykolwiek się samodzielnie wspięłam w życiu. Świat jest bardzo dziwny i ciekawy.Kotka już nie ma i przyznam się Wam do czegoś: owszem, zrobiło mi się bardzo smutno, gdy odjechał wraz z poprzednimi właścicielami, ale teraz odczuwam wyłącznie efekt tej kozy z żydowskiego dowcipu: otwieram okna, wietrzę mieszkanie, nie trzaskam co chwila drzwiami, sprzątnęłam skądinąd nieestetyczną kuwetę z przedpokoju, wyrzuciłam podartą przez kota narzutę z kanapy, a na stole postawiłam kwiaty... I dobrze mi jest. Tyle miejsca, czasu i spokoju świętego, przede wszystkim. Jedynie dzieci mi szkoda, bardzo jednak chcą mieć zwierzątko. Ja sobie chyba muszę w spokoju jeszcze raz to wszystko przemyśleć.
wtorek, 21 sierpnia 2012
wrrr....
(okienko w Aquilei, Italia)
Uff, przetoczył się jakoś zeszły tydzień. Po urlopowym wyluzowaniu nie zostało ani śladu. Mieliśmy gości - to mało powiedziane. Przez cały zeszły tydzień niemal mieliśmy permanentne wizyty różnych naszych znajomych i rodziny z nocowaniem, zwiedzaniem miasta, rozmowami po angielsku i nowym kotem na dodatek. Nie wszyscy wyszli z tej próby zwycięsko, niestety.I chociaż lubię mieć gości, tym razem było to stanowczo za dużo (cztery rodziny) i za bardzo na raz. Rano zwiedzanie miasta, trzygodzinna kolejka po bilety do Centrum Kopernika, kasowanie biletów w autobusach ("czy wystarczy taki czterdziestominutowy? Czy nie zdążymy dojechać? Bo, niestety, jak autobus jedzie dłużej, bilet jest nieważny). "Mamo, pić, mamo, jeść". Obiad na dwanaście osób... Potem galop do pracy, gdzie siedzę do wieczora. Powrót do domu, a tam kolejna porcja prania pościeli, którą zasikał zestresowany kot. Z sikaniem po łóżkach miał problem od początku, jednak masa ludzi w domu przyczyniła się wybitnie do kompletnej dezorientacji czworonoga. Zaczęliśmy zamykać drzwi sypialni, ale potrafił wyczuć dosłownie moment (np. jak koleżanka w nocy wstała do łazienki) i dać w długą prosto na łóżko. Nie pomogły specjalne spreje z kocimi feromonami szczęścia za ciężkie pieniądze, zmiana żwirku, wreszcie nie pomogła też całkowita odmiana sytuacji, gdy goście wyjechali. Z przykrością muszę przyznać się do porażki - oddajemy kota. Na szczęście tam, skąd przyszedł, czyli w dobre ręce. Nie da się dłużej znieść coraz bardziej psychotycznej atmosfery w domu i tych pytań co chwila: "Czy ktoś widział kota? Czy drzwi zamknięte?" Ponoć takim zachowaniem zwierzę komunikuje człowiekowi coś ważnego, jakiś swój dyskomfort, czy niezgodę. Nie mam jednak zdrowia dłużej zgadywać, o co chodzi, kosztem nerwów całej rodziny. Z mężem introwertykiem i co najmniej jedną, jak na razie, córką w wieku dojrzewania dosyć mam na co dzień zabawy pod tytułem "co artysta miał na myśli". Nie jestem kocim filantropem, ani kocim behawiorystą (tak, są tacy, zasięgaliśmy nawet porady w sprawie naszego zwierzaka). Szkoda mi tylko dzieci, bo się przywiązały, bardzo fajnie się kotkiem zajmowały, sprzątały, bawiły się. Widać było od razu, jak fajnie jest, gdy w domu mieszka zwierzątko. A teraz sama nie wiem, czy spróbujemy jeszcze kiedyś z innym kotem, za bardzo się obawiam powtórki z rozrywki - to przecież trudne emocje, zwłaszcza dla dziewczynek!Decyzja nasza spotyka się raczej ze zrozumieniem znajomych, wyjątkiem jest moja kierowniczka - kociara z prawdziwego zdarzenia. Wczoraj usłyszałam ubolewanie, że mój kot "źle trafił" - na nas. Pozwoliłam sobie wtrącić, że jednakowóż, my też źle trafiliśmy! Nie będę miała łatwego życia w pracy :-) Po tygodniu pełnym wrażeń mam ochotę zaszyć się gdzieś i uspokoić, co nie jest proste przy rodzinie i w pracy, gdzie odwiedza nas w ciągu pięciu godzin dyżuru blisko 120 czytelników! Jak dojdę do siebie, to napiszę Wam coś o Apulii, skąd wróciliśmy wieki temu. Na razie jestem wyjątkowo nietowarzyska, introwertyczna i zestresowana, co, mam nadzieję, przejdzie mi niebawem. :-)
środa, 8 sierpnia 2012
po powrocie
(okienko w Udine, Italia)
Wróciłam właśnie z długich i gorących wakacji, o czym niebawem, mam nadzieję. Odpoczywam teraz w miłym chłodku wieczornym, cieszę się z opadłych temperatur i chwilowej rześkości w powietrzu. Próbuję się ogarnąć po przyjeździe, jeszcze trochę, a wskoczę znowu w stare tryby. Ale zawsze, gdy wracam z Italii, łapię dystans do tego, co tu zwykle się dzieje, zwłaszcza do pośpiechu. I nieuważności.Na wakacje wzięłam sobie kilka książek ze słowem "podróż" w tytule, ale nie były to wcale popularne relacje z wypraw, tylko m.in "Zeszyty podróżne" Stachury i eseje Tabucchiego. I jeszcze "Pochwała powolności" Carla Honore, całkiem przyjemna książeczka, chociaż w sumie nic nowego pod słońcem. Ale dobrze zebrane i przedstawione przystępnie, i, co ważne, bez epatowania ideologią new age. I jakąkolwiek inną. W bibliotece ruch zmienny, chyba jednak sporo osób nie pojechało na wakacje, bo wciąż nas odwiedzają. Trwają procedury wstępne przed zapowiadaną windykacją, ale ciągle jeszcze można zwrócić książki. Wczoraj miałam całkiem niezłą rozrywkę czytając korespondencję i odpowiadając na maile. Na przykład na taki: witam czy zamiast naleznosci za kare moge przyniesc ksiazki i nie placicBez znaków przestankowych, polskich liter i podpisu. To się nazywa lapidarność stylu.I wiadomość z ostatniej chwili: mamy w domu kotka! Zobaczymy, czy się zaadaptuje, jest jeszcze całkiem malutka (to dziewczynka!), na razie zwiedza mieszkanie, tęskni za mamą i rodzeństwem, nie chce jeść. Będę donosić uprzejmie i na bieżąco o postępach (mam nadzieję) w integracji bilateralnej:-)
piątek, 13 lipca 2012
wakacyjnie, wreszcie
Na czym to ja skończyłam, proszę państwa? Dawno mnie tu nie było. Tymczasem niespodzianie przelatuje już drugi tydzień wakacji. Byliśmy w tym czasie trochę w Warszawie, trochę na wakacjach w górach, Dorotka na obozie, młodsze dziewczynki najpierw z nami, a teraz na Roztoczu z dziadkami. Jutro skoro świt jadę do nich, a specjalną okazją ma być chrzest mojej bratanicy Karoliny.Dzisiaj jestem sama w domu, po pracy zabrałam się za sprzątanie, odsyfiłam (bo inaczej tego nie można nazwać) pokoje dzieci i czuję, że się napracowałam. Zwłaszcza, że w bibliotece uporządkowałam całą prozę tłumaczoną, tak z dziesięć tysięcy książek. Roczna norma dawki kurzu na drogi oddechowe zaliczona,a do tego skurcz mięśni w okolicy karku, jakby kto węzeł zacisnął. Nic to, jutro czeka mnie żywiczne powietrze Roztocza, zregeneruję się na pewno.
W góry mieliśmy jechać inne zupełnie, miały być to wreszcie Bieszczady, gdzie nie byłam od lat. I namiot, ognisko, mycie w strumieniu. W ostatniej chwili okazało się, że jeśli ma z nami jechać - gdziekolwiek - Tomek, to musi tam być prąd. Bo jednak nie da się tak zrobić, by nie pracował i nie pisał. Wybraliśmy więc Lubomierz i pierwszą lepsza wolną kwaterę szczęśliwie, jak się potem okazało, zamieszkaną tylko przez nas (święty spokój przy pracy!). W tej samej wsi była na wakacjach również koleżanka Janeczki. Uznaliśmy,że wolimy mieć ze sobą Tomka, który pisze (nie cały czas, przecież), niż nie mieć go wcale - i pojechaliśmy.Spędziliśmy tam prawie tydzień, chodząc na krótsze i dłuższe wycieczki, co przy ekstremalnych upałach było czynem prawie heroicznym, jeśli chodzi o dziewczynki. O wiele przyjemniej było nam za to nad rzeką Kamienną. Ocieniona, chłodna, ale nie lodowata, krystaliczna woda, a do tego wielkie, płaskie kamienie, na których można było sobie siedzieć. Niektóre nawet w kształcie fotela :-), wyobraźcie to sobie! Siadałam sobie z książką na takim głazie, wygodnie, chłodno i przewiewnie, wokół przelewała się woda, szumiąc i bulgocąc, bo tak naprawdę siedziałam po prostu w rzece! Odpoczęłam cudnie i przeczytałam sporo.
(leśne oko?)(w rzece)
Zapachy, wzmożone gorącem, były gęste i zawiesiste: pachniało siano, zioła, dym, las, nawet woda i kamienie miały swoją woń. Taki cedrowy zapach czuło się nad strumieniem, nie wiem, może jodłowe drzewo tak pachnie? Dla mnie to zawsze kwintesencja wakacji, zapamiętuję je przede wszystkim nosem :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

