czwartek, 10 czerwca 2010



(deszcz za oknem)

Wielka woda, jaka ostatnio nas gnębi, dotknęła również naszą bibliotekę. Nie moją placówkę, konkretnie (pracuję w czymś w rodzaju bunkra:-)), ale kilka innych na Ursynowie zostało zalanych podczas obu słynnych burz. Zwłaszcza w dwóch szkody są ogromne. Może nie ma co się zbytnio rozczulać nad książkami, gdy się popatrzy na zdjęcia z powodzi w Polsce, na zalane domy, uprawy, na te straszne zniszczenia i ludzką rozpacz? Ale i tego żal i smutno jest, chociaż to tylko książki.

Czytelnikom moim też się jakoś nie szczęści w kwestii zalewania (szeroko pojętej...). Niedawno pojawiła się jedna pani, przynosząc książkę zalaną sokiem. Nie była to, zresztą, jej pierwsza tego typu przygoda, inny nasz egzemplarz biblioteczny zdołała swego czasu utopić w Bałtyku podczas podróży promem do Norwegii. Inny zaś pan, który oddał grubo po czasie książki w strasznym stanie, mętnie się tłumaczył, że właśnie był w Płocku, gdzie zaskoczyła go powódź, której ofiarą padły właśnie nasze egzemplarze. Osobiście podejrzewamy, że książki padły ofiarą raczej innego typu zalania się, ale zatrzymałyśmy ten pogląd dla siebie.

Tymczasem tydzień bez Tomka upływa nam spokojnie,chociaż pracowicie. Z powodu wycieczki Dorotki musiałam wczoraj wstać o 5.30 rano, by odprowadzić ją do autokaru - pół nocy nie spałam, bojąc się, że się nie zbudzę na czas. Jak zwykle, gdy tak wcześnie wstanę, nie żałuję, poranki kryją w sobie tyle obietnic na nadchodzący dzień, jednak sam moment zrywania się po źle przespanej nocy jest dosyć przykry.
Przy okazji doszłam do wniosku, że mam już całkiem duże dzieci. Kiedyś takie wyjazdy Tomkowe były wielkim wyzwaniem, zwłaszcza, gdy zostawałam sama z trójką maluchów, z których któreś prawie na pewno od razu chorowało. Ledwie dociągałam do wieczora, a i kombinować trzeba było ostro w takich przypadkach - nie mogłam przecież wyjść z chorymi na dwór, ktoś musiał mi zrobić zakupy, itp. Teraz to już luksus - dziewczyny same się myją, ścielą łóżka, robią lekcje.

Ciesze się, że jest tak ciepło, wyciągnęłam już letnie ubrania i znajduję ogromną przyjemność w ich noszeniu. Czeka mnie jeszcze gruntowne przetasowanie ubrań dziecięcych, kto wie, o czym mówię, ten rozumie, dlaczego się wzdrygam na samą myśl i odkładam to ciągle na jutro.
I jeszcze niedawno, raz, dwa, zmontowałam sobie nowe kolczyki z kulkami z kryształu górskiego i srebra, które prześlicznie załamują światło i blikują w słońcu. Taki prezent dla siebie na przywitanie lata.

niedziela, 6 czerwca 2010



Just a perfect day. Wczoraj. Ale nie byłoby tego wczoraj, gdyby nie poprzednie dni, kiedy mieliśmy czas, by sobie wyrzucić na chwilę z głów pracę i szkołę. I z wolną (by nie napisać, pustą) głową wyjechać sobie na wycieczkę.
(Jakim błogosławieństwem okazuję się mieć cztery dni wolne pod rząd)
Pamiętam, że gdy mieszkaliśmy w Rzymie i wyjeżdżaliśmy sobie na jeden dzień gdzieś w pobliże, myślałam wtedy, co będziemy robić w Warszawie, gdy już wrócimy? Dokąd wyjeżdżać? We Włoszech autostradą w trzy godziny można dotrzeć daleko, do Toskanii, do Sabaudii, do Abruzji. 20 kilometrów dzieliło nas od morza, góry otaczały miasto. Co chwila wyłania się urocze miasteczko na skale, starożytne ruiny, zatoka ze szmaragdową wodą, winnice na wzgórzach. To wszystko było tak piękne, że można było wybaczyć i zapomnieć o ruderach, blokowiskach, śmieciach, zdewastowanej przyrodzie - bo to także można zobaczyć w Italii. I gdy myśleliśmy o powrocie, chyba właśnie tych króciutkich wypadów było nam najbardziej szkoda, bo dokąd, myśleliśmy, można wypadać z Warszawy? Czyżby kolejny raz do Czerska? (pytanie retoryczne).

A jednak i tutaj można praktykować małe wypady,tylko inna jest optyka, inne piękno. Banalnie napisać, że trudniejsze to piękno, mniej oczywiste, ale trochę tak jest. No, i radość przecież nie tylko w tym, co się widzi, ale w samej podróży, w ruchu, w zmianie. To bezcenne....
I wczoraj pojechaliśmy sobie w stronę Pilicy, odwiedziliśmy kilka miasteczek, lasów i zagajników, jechaliśmy po słynnych polskich drogach. Całkiem ładnie, nieoczekiwanie malowniczo, jak na Mazowsze,które jest raczej monotonne i przewidywalne.Zobaczyliśmy, m.in, Inowłódz, gdzie w odremontowanej synagodze z początki XIX wieku urządzono sklep.
Szokująco to wygląda, gdyż po wejściu do środka nie ma się nawet cienia wątpliwości, do czego służyło kiedyś to pomieszczenie. Dowiedziałam się, że odremontowano je we wczesnych latach osiemdziesiątych na potrzeby biblioteki, po której już dzisiaj jednak ani śladu. Jakoś bibliotekę łatwiej bym zniosła w takim miejscu, sklep jest jak uderzenie w twarz. Pamiętam, co czułam, gdy odwiedzałam kościoły w obwodzie kaliningradzkim, zamienione w magazyny. Można to było wytłumaczyć reżimem komunistycznym. Ale ten sklep? Dlaczego nikt nie protestuje?


Swoją drogą, to nie jedyny, bynajmniej, taki przypadek! Zazwyczaj jednak budynki synagog są w takim stanie, że nieraz trudno rozpoznać ich pierwotne przeznaczenie, można się tylko domyślać. Tu ślepy by poznał, na ścianach są nawet polichromie i napisy.
Ech.Inowłódz kryje też inne ciekawe skarby. Dobrze powiedziane, że kryje, bo nie sądzę, by wiele osób miało możliwość kiedykolwiek się o nich dowiedzieć. Jakaś taka dziwna polska skromność, czy co ;-), nieumiejętność wykorzystania tego, co jest. Czyli -pięknego kościółka romańskiego z XII wieku (niestety, znacznie zniszczonego w pierwszej wojnie i częściowo zrekonstruowanego).


Z miejscem tym związana jest ciekawa legenda - kościół wzniesiono jako votum dziękczynne ku czci św. Idziego, w podzięce za długo oczekiwane narodziny przyszłego króla, Bolesława Krzywoustego. Opowiada o tym kronika Galla Anonima, a śpiewa - ekscentrycznie - Ewa Demarczyk.


Miejscu temu nie brakuje ani malowniczej panoramy (widok ze skarpy na meandry Pilicy), ani ciekawej opowieści. Szkoda, że nie dało się kościoła zobaczyć w środku.

Jadąc dalej tropem Tuwima (i Demarczyk) wpadliśmy na dzień do Tomaszowa, nie korciło Was nigdy, by, tropem tego wiersza, tak po prostu pojechać tam? Mnie tak, zawsze...
I jeszcze tomaszowskie źródła słynne turkusowej barwy chcieliśmy zobaczyć, ale spotkało nas rozczarowanie - może z powodu przyboru wód bajkowy kolor ulotnił się, woda była mętna, zabarwiona jedynie na intensywną zieleń przez glony. Obejrzeliśmy więc pobliski skansen rzeczny, który okazał się bardziej muzeum pamiątek z drugiej wojny. Z niemałym trudem odciągnęliśmy dziewczynki od straganów z pamiątkami i pojechaliśmy dalej.
Dotarliśmy do Sulejowa, dawnego cysterskiego opactwa, niestety, częściowo w ruinie. Żyje tam ponoć jeszcze dwóch starszych zakonników, którzy nie mają ani siły, ani środków, by zająć się obiektem (i prawdę mówiąc, nie jest to praca na ich siły i możliwości). Znowu, kolejny raz spotkaliśmy się z historią jak z zamku w Głogówku, o której wspominałam na poprzednim blogu - piękny, imponujący obiekt popadający w ruinę, brak dobrej woli, wyobraźni, elementarnego poczucia piękna i wartości u osób, które decydują o jego przyszłości.



Swoją drogą, niezwykłe jest to miejsce, wyobraźcie sobie średniowieczną architekturę rodem z Burgundii wpisaną w nasze łąki! Wnętrze kościoła trochę, jak się wyraził Tomek, spaćkane barokiem, ale poza tym wszędzie dominuje taka szlachetna prostota. Odpoczęliśmy sobie pięknie, nie ma to jak klasztorny spokój. Dziewczynki biegały boso po trawie i kładły się brzuszkami do góry wśród stokrotek - prawdziwe wakacje.
Dzisiaj za to prawie cały dzień w domu. Przede mną kolejny tydzień, tym razem bez Tomka, który dociera właśnie do Wrocławia (równocześnie z kulminacją fali wezbraniowej na Odrze), by tam spędzić czas w archiwum. Ja z notesem na biurku kombinuję już, jak tu sobie poradzić bez niego, z dziećmi, odprowadzaniem i pracą.
PS. Od znajomych, którzy oglądali moje zdjęcia z wycieczki, dowiedziałam się o jeszcze innych Tuwimowych i Demarczykowych tropach - W Inowłodziu powstały Kwiaty polskie", jest tam też karczma, w której, po imprezie, został napisany słynny Grand valse brillant...

czwartek, 3 czerwca 2010

książki, których nie przeczytam

Tak się czasem zastanawiam, powiedziała niedawno w pracy moja kierowniczka - zastanawiam się, pani Agnieszko, jakie ja kiedyś będę czytać książki. Czy nie będzie ze mną tak, jak z niektórymi czytelnikami, którzy teraz wypożyczają miernotę. A przecież ja ich znam, wiem, co kiedyś czytali. I co będzie kiedyś ze mną?
Ta uwaga, rzucona zupełnie mimochodem, dała mi do myślenia. Co ja kiedyś będę czytać? W tym moim pytaniu, tak naprawdę, do głosu dochodzi lęk przed starością i wszystkim trudnym, co ze sobą przynosi. Otępienie, zniechęcenie, rozgoryczenie? Tego można się bać. Lecz także mądrość, wyrozumiałość dla ludzi, bezinteresowny zachwyt światem? Może? Czy to jednak do końca będzie zależało ode mnie?
Na razie widzę, że i ja już nie wszystko mogę teraz czytać. I oglądać. Nie jestem w stanie przetrawić okrucieństwa, zła, które pokazuje swą gębę znad ludzkich podłości. To mnie przerasta - przyjąć jeszcze więcej cierpienia, o którym mówią książki i filmy. Przyjąć, a potem dalej jeszcze żyć i wierzyć. Może to ja jestem zbyt słaba, a może świat nienormalny? Ale wystarczy mi nieopatrznie dokładnie przestudiować wiadomości ze świata w internecie, do tego dołożyć "mocny" film, czy książkę. I odchorowuję to potem przez wiele dni czując, że coś się we mnie zapada, coś zamiera.
Dokładnie pamiętam chwilę, gdy przeżyłam coś takiego - świadomie - po raz pierwszy. Byłam wtedy w maturalnej klasie, przerabialiśmy literaturę wojenną. Dopiero początek. Ja miałam już za sobą Dymy nad Birkenau, myślałam, że z resztą sobie poradzę. Poznawczo, z dystansu. Opowiadania Borowskiego i Medaliony Nałkowskiej zostały mi do przeczytania w nocy. Dobrze, że krótkie, pomyślałam, i zaczęłam lekturę.
I wtedy tej nocy podczas czytania nagle coś pękło we mnie, coś osiągnęło nasycenie, a potem nic już nie było takie, jak przedtem.
Odkąd zostałam mamą moich córek, jest jeszcze trudniej. Jakbym bała się świata i za siebie i za nie.
To, oczywiście, wypływa czasami, na co dzień bywam spokojna i pogodna, ale lęk gdzieś się czai i wiem o nim, omijam niektóre książki, nie mam odwagi obejrzeć pewnych filmów. I tak już pewnie będzie zawsze.
Jak sobie z tym radzą ci, którzy naprawdę przeżyli piekło? Jak oni żyją dalej?

Jednym z tematów szczególnie trudnych jest cierpienie dzieci. 25 maja obchodzony był Dzień zaginionego dziecka, poświęcony sprawie dzieci uprowadzonych, zaginionych bez wieści, a także i tych, które same uciekły z domu. Pisałam kiedyś na poprzednim blogu o chwili, gdy nagle straciłam z oczu Hanię, gdy myślałam, że się zgubiła gdzieś. I nagle całe przyszłe życie przed oczami, gdy jej szukam rozpaczliwie, bez spoczynku, w rozpaczy, do końca. Nie wyobrażam sobie większego koszmaru.
Traf chciał, że ostatnio trafiłam na film poruszający tę tematykę. Był to włoski obraz "Io non ho paura" ("nie boję się") Gabriele Salvatores. Przedstawiał historię chłopca z włoskiej Apulii, który, podczas zabawy odkrywa przypadkiem podziemną kryjówkę, a w niej - innego chłopca, nagiego, oślepłego z braku światła, przykutego łańcuchem do swego więzienia. Początkowo przerażony jest odkryciem, potem powoli próbuje nawiązać kontakt z nieznajomym, przynosi mu wodę, chleb. Utrzymuje swoje odkrycie w tajemnicy, co okazuje się zbawienne, gdyż w uprowadzenie więźnia - celem wymuszenia okupu - jest zamieszany ojciec bohatera.
Wiem, jak film się kończy - dość dramatycznie - ale nie byłam, po prostu, nie byłam w stanie obejrzeć go do końca. Szkoda, bo był piękny, przejmująca była też muzyka, wykonana przez kwartet smyczkowy (Ezio Bosso i Ennio Moricone). Może jeszcze kiedyś będę miała lepszy czas, może jeszcze kiedyś będę mogła znowu czytać, oglądać.................................................................................
Dlatego nie dziwię się, zupełnie nie dziwię, gdy przychodzą do biblioteki starsi ludzie, zmęczeni ludzie, smutni. I mówią: proszę mi wybrać coś pogodnego, prostego, łatwego. Coś, by nie myśleć. By wreszcie odpocząć.

niedziela, 30 maja 2010

w niedzielę

Mija właśnie niedziela, dzień, który obiecaliśmy sobie z Tomkiem spędzić wyjątkowo bez żadnego planu, bez programu, bez zegarka. Wreszcie. Okazało się to nie do końca możliwe, Dorotka wybierała się do teatru, a tam jednak godziny obowiązują. Czekając na nią, odwiedziliśmy kolejne targi książki, tym razem na Mariensztacie. Coś tam nawet kupiłam (dla dzieci) i wdałam się w rozmowę z jednym panem z wydawnictwa Noir sur Blanc na temat rabatu dla naszej biblioteki. Poczułam się przy tym jak profesjonalny pracownik - nawet w niedzielę dbający o dobro firmy :-)

Duchota w powietrzu narastała.

W domu młodsze dziewczynki urządziły przedstawienie teatralne. Fabuła rozpoczynała się następująco:
"Dawno temu żyła pewna królowa, której mąż wyjechał daleko. Kiedy już miał powrócić, królowa zastanawiała się, jaką mu przyjemność sprawić na powitanie. Myślała, myślała i myślała. I wymyśliła, że najlepiej będzie urodzić mu dziecko. Ale nie wiedziała, jak to zrobić. Poszła więc do wróżki ... (...)

Wreszcie spadł deszcz i przyszła burza. Lżej w powietrzu i na duszy. Czytam sobie, Tomek z Dorotką układają puzzle z 500 kawałków (z polityczną mapą Europy), młodsze się kąpią. Od jutra znowu z planem, każdego ranka strategiczna narada, kto, kogo, kiedy i skąd odbiera, kto zakupy
robi, itp. Za krótka ta niedziela.
Mogę chwilę pomarudzić? (a jednak, Zygzo?)
że chciałabym więcej takiego nic nie robienia
żeby mózg mi przestał tak planować, i tak mu to nie wychodzi najlepiej :-)
żebym tak się umiała uspokoić
i zasnąć wieczorem szybciej, niż po dwóch godzinach
(...)

niedziela, 16 maja 2010

Nie piszę, nie odzywam się, milczę. Może więcej się zajmuję życiem, może ciągle jeszcze za mało czasu decyduję się poświęcić dla siebie.
To nawet kwestia tak drobnej rzeczy, jak miejsca, w którym piszę. Laptop mój przytwierdzony jest do sieci zwojami poplątanych kabli (brrr...) w pokoju, który pełni również funkcję naszej sypialni. Pokój ten ma dwa wejścia, w tym jedne szerokie, podwójne drzwi. Te drzwi są całkiem fajne, trochę, jak w starej kamienicy, ale wszystko to razem pozbawia nasz pokój intymności, a komputer walnie się do tego przyczynia. Nieraz, gdy siadam tutaj, to mam wrażenie, że jestem na Dworcu Centralnym, zwłaszcza, gdy za plecami kursują nieustannie jacyś rodzinni ludzie.


Ale tak naprawdę, to tylko wymówka. Jasno mi to pokazuje pewna sprawa. Otóż już wielokrotnie i na różne sposoby przemyśliwałam palącą potrzebę pomocy w domu - kogoś, kto by mi raz na jakiś czas posprzątał, umył okna, czy wyprasował sterty. Bo ja, oczywiście, wszystkiemu podołam, dzielna matka polka, ale dużym kosztem. Mam tyle pomysłów, których nie realizuję, bo nie tylko nie ma kiedy, ale, co jest gorsze, rutyna i zmęczenie skutecznie zabijają je w zarodku.
I już od dawna się zbierałam do tego, by kogoś zatrudnić, ale zawsze byłam na to zbyt dzielna - czytaj, moje poczucie własnej wartości zbyt mocno wiązało się z zaharowaniem się i udowadnianiem, że jednak dam radę. Kwestia pieniędzy, owszem, wchodziła w grę, ale tak naprawdę również była tylko pretekstem.
Nie będę już dalej marudzić, jakoś staram się tego nie robić, więc napiszę tylko krótko, że nie ma jak dobre koleżanki! Zostałam zręcznie umówiona z panią sprzątającą, ani się spostrzegłam. Może to dobry początek, by zacząć dbać o siebie.
.................... ...................... .......................... ........................ ........................... ...........................

A w sobotę byłam na najprawdziwszym wyjeździe integracyjnym, zorganizowanym przez dyrekcję naszych bibliotek. Zawsze mi się takie imprezy kojarzyły ze zdemoralizowanym życiem wielkich korporacji, które znam z opowieści. Z pewną satysfakcją stwierdzam, że u nas nie miałam okazji się zdemoralizować, chociaż, gdybym się bardzo uparła... ale nie. Było całkiem kulturalnie (w końcu taka jest misja biblioteki), mogłam nareszcie zobaczyć ludzi z innych placówek (rozsianych po całej dzielnicy). Zadbano o strawę duchową (teatr) i materialną (kolacja u Piotra Bikonta). Deszcz łaskawie nie padał, więc i spacer się udał.
Dużą radość sprawia mi teraz kontakt z dorosłymi ludźmi, bycie kimś z grona dorosłych. Po latach przebywania z dziećmi i w dziecięcych kontekstach - to duża zmiana, z której się nieustannie cieszę.

Odkryłam też, jak wielką radość daje mi spotykanie w pracy tylu starszych ludzi. Nie ukrywajmy, tacy najchętniej do nas przychodzą, zważywszy repertuar na półkach (lektury i literatura dziecięca z braku miejsca czekają w magazynie na przeprowadzkę i lepsze czasy). Zauważyłam, że niemal odruchowo bardziej teraz zauważam staruszków na ulicach, częściej im się przyglądam. Z naszymi czytelnikami lubię rozmawiać, odkrywam, jakie to wspaniałe nieraz są osoby. I ciągle żałuję gdzieś w środku, że nie pamiętam żadnego z moich dziadków (jeden umarł na długo przed moim urodzeniem, drugi jeszcze mnie ponoć trzymał na kolanach, ale ja już tego nie zapamiętałam).
A z Janeczką czytamy teraz bardzo ładną książeczkę, o dziadku właśnie, Angeli Nanetti,

"Mój dziadek był drzewem czereśniowym". Piękne, bardzo polecam!

piątek, 7 maja 2010

kasjerki żywot ciężki

Złapałam paskudne przeziębienie, co rzadko mi się zdarza. Dopadło mnie, gdy byłam w dołku, pozbawiona psychicznej odporności. Z dołka już wyszłam, lecz infekcja została.
Mimo to, chodzę do pracy (syndrom niezastąpionej). W ramach akcji "coś miłego dla chorego" odpuściłam sobie sprzątanie i prasowanie (z niemiłą perspektywą, że poczeka to na mnie, jak wyzdrowieję). Wypijam litry zielonej herbaty z cytryną i świeżym imbirem, inhaluję się olejkiem lawendowym (odległe już chorwackie wspomnienie...). I nie przemęczam się. Deszcz wypłoszył większość czytelników, mamy teraz tak zwaną plażę, czyli pustki.
Czasem z książek, które zwracają ludzie, wypadają dziwne rzeczy. Często są to zdjęcia, kwity, bilety, itp., pełniące funkcję zakładek. Nieraz są to notatki, listy zakupów, postanowień noworocznych, przepisy kulinarne... Wszystko to staramy się oddawać właścicielom, o ile da się szybko ustalić ich tożsamość. Przypomniała mi się teraz historia, którą znam od koleżanki z pracy. Znalazła w świeżo zwróconej książce grubą kopertę z pieniędzmi i nie była to, bynajmniej, łapówka. Ktoś zostawił całą miesięczną pensję, właśnie wyjętą z bankomatu, jak się potem okazało. Właściciela szybko zidentyfikowano i sprawa zakończyła się szczęśliwie.
Pewnego razu, rozmawiając z czytelniczką, napomknęłam o tej historii. Zobaczyłam w jej oczach szok i niedowierzanie:
- Jak to, oddała te pieniądze??
- Oczywiście. A co mogła zrobić innego?
- No, przecież znalazła! Znalazła! Mogła sobie wziąć! Ja - tu czytelniczka lekko się rozmarzyła - gdybym, na przykład, podniosła na ulicy portfel z pieniędzmi, to bym potraktowała to jako prezent dla mnie. Prezent od losu! - tu zaperzyła się znowu - Bo ja mam ciężkie życie, proszę pani. Pracuję na kasie w [tu nazwa supermarketu]. Wie pani, jak mnie ludzie traktują?! Jak strasznie? Dzisiaj ufać już nie można nikomu. I na nikim polegać.
Zatkało mnie z lekka. Owszem, udowadniała mi właśnie skutecznie, że na niektórych ludziach nie można polegać na pewno. Próbowałam wytłumaczyć, na czym polega elementarna uczciwość (czułam się tak, jakbym wyjaśniała to dziecku), lecz, jak to często bywa w takich sytuacjach, im dłużej mówiłam, tym słabiej to brzmiało, na twarzy czytelniczki rozkwitał złośliwy uśmiech mściwej satysfakcji. Nie zna pani życia! Co za naiwność! Jeszcze się przekona, jacy są ludzie!
Do czytelniczki dołączyła się jej córka, całkiem młoda jeszcze dziewczyna. - Ludzie są straszni! Wie pani!? Ja pracuję na infolinii w pizzerii, jakie chamy do nas dzwonią, wie pani? Jak zlikwidowaliśmy rabat dla studentów, to czego ja się nie nasłuchałam! Jakich obelg! Studenci są najgorsi, zwłaszcza ci z UW. Co innego, prywatne uczelnie, tam jest kultura dopiero. Wiem, bo sama na takiej studiuję. Że co? Że generalizuję?? No, wie pani?!
Takie sceny rzadko się u nas zdarzają, na szczęście. Obie panie odpuściły sobie po jakichś dziesięciu minutach i wyszły, zapewne przeświadczone, że dały dobrą lekcję naiwnej dziewczynie. Tak się nie znać na ludziach!
Z drugiej strony jednak, gdy nieraz ukradkiem przyglądam się zmęczonym kasjerkom w dużych sklepach (do których ja sama chodzę najrzadziej, jak mogę), w jednakowych uniformach, unieruchomionych w tych okropnych boksach, miewałam nieznośne wrażenie, że łatwo może przyjść komuś potraktować je jak przedłużenie kasy fiskalnej. Sprawnej albo zepsutej. Banalnie zabrzmi, ale za tą kasą nieraz nie widać już człowieka, a już na pewno jego osobowości. Jednakowe 'dzień dobry' dla wszystkich (w Niemczech życzono nam zawsze jeszcze 'miłego weekendu'), takie same stroje ochronne (nieraz okropnie nietwarzowe). I do tego setki spieszących się, zdenerwowanych klientów, których zawodzi empatia, o ile ją przedtem w ogóle posiadali, a których trzeba sprawnie i szybko obsłużyć. Straszna dehumanizacja, czego efekty widać, jak choćby na powyższym przykładzie.
Aby jednak nie zakończyć wpisu na tak pesymistycznej nucie - oto, co znalazłam w jednej z książek. Była to karteczka z następującym napisem;

szedłem, szedłem, szedłem
szedłem szedłem, szedłem
i doszedłem!


Należy ufać, że konkluzja, do jakiej doszedł czytelnik, okazała się wiążąca dla jego życia.

środa, 5 maja 2010



Być może ktoś niezorientowany pomyślał, że ja ciągle jeszcze jestem w Chorwacji, bo nic nie piszę na blogu. Otóż, nie, niestety. Byliśmy, wróciliśmy. Musnęliśmy zaledwie bogactwo, jakie świat otwiera przed człowiekiem podróżującym.
Jakoś nie chce mi się silić tutaj na opis miasta i całej naszej wyprawy. Można to wszystko odnaleźć w przewodnikach i w sieci. Wrzuciłam różne nasze ładne zdjęcia na FB, jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć, a jeszcze nie widział, to zapraszam.
Wspomnę więc lapidarnie jedynie - było pięknie. To, co od razu nas uderzyło, to zapachy! Cała różnorodność krzewów in fiore, kwitły bzy, glicynie, pittosporum i wiele, wiele innych. Mocna woń, jakby jaśminu, dominowała na ulicach, potem zorientowaliśmy się, że to pachną kwiaty pomarańczy, niebywałe, wystarczyły dwa niewielkie drzewka, by wyperfumować cały Stradun (główna ulica przecinająca stare miasto). To bardzo szlachetny zapach, niezwykle poszukiwany w perfumiarstwie. Zajmowałam się kiedyś trochę aromaterapią i wiem, że aby uzyskać 10 gramów olejku z kwiatów pomarańczy (zwanego też neroli - nie mylić z olejkami z owoców, czy liści), potrzeba kilku ton płatków kwiatów, wyobrażacie sobie! Podobne właściwości (i cenę) ma chyba jedynie olejek różany.


(Kwiat pomarańczy)


Oprócz tego pachniała jeszcze lawenda, którą w Chorwacji masowo się sprzedaje turystom. Hvar znana jest nawet jako "lawendowa wyspa". Dubrownik też na tym korzysta, stąd wszędzie pełno nasączanych poduszeczek, mydełek, buteleczek; są lawendowe ciastka i nalewki. Na uliczkach stragany, sprzedający leją biednym turystom olejek prosto na skórę, stąd intensywność woni.
Pachniało też, oczywiście, morze, chociaż to była już raczej nuta serca w zapachu miasta. Wilgoć i sól w powietrzu. Do tego czasem intensywny zapach świeżych ryb. No i rozmaitość cała woni z restauracji, piekarni, kawiarni. Chodziłam jak odurzona tym wszystkim.
I jeszcze, jeszcze jeden. Zapach świeżego prania. Tak, jak w Italii, tak i tutaj, prześcieradła, bluzeczki, majteczki suszą się na powietrzu, na sznurach przewieszonych przez uliczki o szerokości nieledwie dwóch metrów.


(Typowa uliczka prostopadła do głównej, biegnąca w górę - na dół po schodach)


No, i tak to było.