sobota, 5 marca 2011

Jakby wyłączyli światło (patrząc na niebo)

Swoją drogą, te dwa tygodnie przepięknego słońca, jakie mieliśmy do wczoraj, to prezent niezwykły. Doświetliłam się tak, jakbym była na Południu.
A ciągle jestem tutaj, nie wiadomo, czy na zawsze, czy na trochę tylko.

Karnawał wchodzi w fazę kulminacyjną. Na szczęście, jego szkolne wydanie mamy już za sobą i mówimy: nigdy więcej! Kosztowało nas to mnóstwo nerwów, a dziewczynki - wiele łez i rozczarowań.Zaczęło się w styczniu tak zwanym balem w szkole. Dla młodszych dzieci był to bal przebierańców,więc z Janeczką wspólnie przygotowaliśmy wymyślony przez nią strój. Pomysł był prosty - wcielić się w ulubioną bohaterkę książkową, Pipi Langstrumpf. Więc za duże buty, skarpety z różnych par, malowane piegi, zwariowana sukienka, no, i najważniejsze - podkręcane do góry warkocze. Aby się utrzymały w formie rogali, użyliśmy starych kabli, które Tomek pracowicie pozbawił izolacji i połączył w trójczłonowy stelaż. I wyszło ładnie, a przy okazji cała rodzina się zaangażowała.
Okazało się to jednak naszym słabym punktem w oczach organizatorów. Bo premiowane były wyłącznie kupne kostiumy, jaskrawe, badziewne, efekciarskie. Moja córeczka została obśmiana, wytargana za warkocze i sponiewierana psychicznie. Radość i entuzjazm, z jakim przygotowywaliśmy strój, znikły bez śladu. Zamiast tego, gdy przyszłam odebrać dziecko, znalazłam ją zgnębioną, skuloną w kącie, pośród straszliwego łomotu (który bywa nazywany, jakże niesłusznie, muzyką). Na scenie podskakiwało kilka jaskrawo i bez gustu przebranych postaci, organizatorów zabawy, którzy wydzierali się do mikrofonu, a "cała sala" podskakiwała na ich komendę. I to się nazywa "bal", moi państwo, jakby ktoś nie wiedział. Do tego jeszcze kilka głupich pseudokonkursów, a wszystko w zabójczym hałasie, w otoczeniu straszliwej tandety.

Bal dla dzieci starszych wyglądał jeszcze gorzej.

Po powrocie do domu miałam dwie pognębione dziewczynki do reanimacji, które próbowałam pocieszać razem ze skonsternowaną i przestraszoną tym wszystkim Hanią.
W pierwszej chwili odczułam to jako porażkę. Naszą porażkę - nie lubią nas, nie umiemy się bawić, jesteśmy kosmitami. Po chwili jednak zaczął rosnąć we mnie gniew. To nie ja jestem nienormalna, ani moje dzieci, że nam się to nie podoba, że mamy inne oczekiwania i wymagania! Nie chcemy rezygnować z zabawy, ale nie z takiej parodii, jaką serwują w szkołach (podejrzewam, ze ta sama ekipa jest wynajmowana w całym mieście, a wraz z nią - podobne). Wzięłam się w garść i postarałam się włożyć całą moc w zapewnienie dziewczynek, że są w porządku. Że to fajnie jest przygotować strój na bal w domu, całą rodziną! I zapewniłam je, że bywają inne, ciekawsze zabawy. Później, po zimowym wyjeździe na obóz z grupą, Dorotka przyznała mi rację. Można się inaczej bawić.

Swoją drogą, jak ma się rozerwać młodzież, jeśli ma w dzieciństwie takie wzorce? I żadnego, naprawdę żadnego inspirującego, oryginalnego i wartościowego przykładu? Od lat obserwujemy z niesmakiem, co się dzieje na zabawach w naszym skądinąd bardzo przyzwoitym przedszkolu. Mieszkamy niemal na jego dziedzińcu, więc słyszymy doskonale wszystkie imprezy plenerowe. Ba, słychać je zapewne nawet na stacji metra, bo normą jest nagłośnienie rujnujące komórki słuchowe i straszliwie prymitywne, przemielone na miazgę disco-polo-przedszkolo. Przygnębia mnie to, że całkiem sensowni ludzie, którzy organizują ciekawe zajęcia plastyczne i przedstawienia teatralne dla dzieci, w temacie "muzyka" doznają kompletnego zamroczenia. Widzę ich wszystkich w "Piekle muzyków" Hieronima Boscha i wizja ta przynosi mi pewną satysfakcję:-)
Na szczęście, nie wszystko jeszcze tak wygląda. My z Tomkiem ostatnio wyskoczyliśmy na wieczór do Domu Tańca, a jutro idziemy całą rodziną na bal w "Stu pociechach", gdzie zagra Trio Prusinowskiego - mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić!

Nie mam żadnego zdjęcia Janeczki przebranej za Pipi, ale za to wrzucam kilka fotografii jeszcze z wakacji- Janeczka w oknie Willi Śmiesznotki w Vimmerby (Szwecja). Wracając z naszej norweskiej podróży zatrzymaliśmy się w parku poświęconym książkom Astrid Lindgren. Jańci najbardziej podobał się domek jej ulubionej bohaterki...






a także dom Nilsa Paluszka:





(zauważyłam, że dzieci bardziej się cieszyły, gdy miały możliwość udawać, że są liliputami, niż wielkoludami...)


A to Ulica Awanturników - mieszka tam Lotta, ulubienica Hani:



I mostek kamienny... "Do zobaczenia w Nangijali!"

5 komentarzy:

  1. Uff, szczerze współczuję dziewczynkom koszmarnych doświadczeń, wyobrażam sobie jak musiałyście się czuć. Mam Agnieszko nadzieję, że bal w Stu Pociechach dostarczy materiału na wpis w zupełnie innym klimacie. Świetny ten park Astrid Lindgren. Uściski.

    OdpowiedzUsuń
  2. Smutne te wspomnienia z dziecięcego karnawału. Wątpliwym pocieszeniem będzie wspomnienie, że już 30 lat temu bywało podobnie. Ta sytuacja - wyższość przedmiotów kupionych nad własnoręcznie wykonanymi - przypomniała mi szokującą myśł rzuconą na prelekcji na temat wirtualnej rzeczywistości: niedługo ludzie będą się wstydzić, że są urodzeni a nie wyprodukowani.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo mi przykro. Złość mnie bierze, gdy mają miejsce takie sytuacje. Szkoda bardzo Twoich dziewczynek. I gdzie ci dorośli na balu, ktoś przecież powinien zareagować.
    Ja też czasem czuję, że jestem trochę nie z tego świata. Nie cierpię programów, które mają z założenia być rozrywkowe itd. Jakiś kawałek tego chłamu wciąż jest poza mną. Ale jestem duża i silna. A dzieci... jak się wyróżniają za nadto, obrywają.
    Zaglądam tu wciąż, mimo iż rzadziej komentuję. Pozdrawiam serdecznie. Udanego balu w Stu Pociechach. Aneta

    OdpowiedzUsuń
  4. Pamiętam mój bal w zerówce, to było tyyyyyyyyle lat temu! Tata załatwił mi niemal oryginalny kapelusz kowbojski, miałem pas i plastikowe naboje. Ale paniom zerówczankom nie podobało się to, że mam strój nie z papieru/krepiny, więc musiałem zdjąć i zostawić kapelusz, przez co nie przypominałem kowboja a raczej jakiegoś smutnego gościa z pasem z nabojami. Bardzo przeżyłem tamten bal :/

    OdpowiedzUsuń
  5. Przykra sprawa z tym balem i dla mnie kompletnie niezrozumiała. Czyżby już wszyscy tak przesiąkli tą supermarketową tandetą, że wszystko, co wykracza poza tę "estetykę" jest z miejsca odrzucane? Całe szczęście, że Twoje dzieci mogą mieć tak silne oparcie w rodzinie. To znacznie więcej niż ewentualne sukcesy na balach. Nawet jeśli teraz nie do końca to rozumieją to docenią później.

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń