sobota, 16 czerwca 2012

energia na wykończeniu

(okienko w M., ziemia iłżecka)
Ostatni tydzień upłynął mi całkiem nieoczekiwanie pod znakiem piłkarskich emocji (o co się zupełnie nie podejrzewałam, chociaż z drugiej strony wiem już od paru lat, co to znaczy spalony :-), więc źle ze mną nie jest). Jakimś cudem troglodyci nie zakłócają nam wieczornej i nocnej ciszy, może opijają zwycięstwa i porażki na innym skwerze? Chociaż przyznam, że po wtorkowym cudzie nad Wisłą gotowa byłam im przebaczyć, gdyby trochę pohałasowali.
Swoją drogą, jako muzykologa fascynuje mnie fenomen śpiewu kibiców (oraz troglodytów), w zasadzie na jedną nutę niemalże, z linią melodyczną tendencyjnie w zaniku. Czemu aż tylu niemuzykalnych ludzi, niezdolnych do powtórzenia prościutkiej sekwencji dźwięków? Mam swoją teorię, że, niestety, już od przedszkola wyrabia się w dzieciach manierę niemuzykalnego śpiewania - przekrzykiwania kolegów. Porównywałam wielokrotnie, jak śpiewa taki maluch sam, a jak w grupie. I wychodzi na to, że w tej drugiej sytuacji emisja jest zupełnie inna, kosztem, niestety, czystości dźwięków, a nawet i całej melodii. Szkoda. Zresztą, wystarczy sobie przypomnieć imprezy w przedszkolu obok, z przerażającą sieczką disco polo, na cały regulator, ku naszej rozpaczy. Czy potem można się dziwić, że ludzie nie umieją śpiewać?
A ja sama ćwiczę sobie w wolnych chwilach na flecie altowym, bardzo piękny instrument. Niedawno odzyskałam oddech po majowej chorobie, mogę więc dmuchać. A na alcie, zresztą, za bardzo się oddechowo nie trzeba wysilać.
Córeczka moja najstarsza założyła bloga o tematyce kulinarnej, na razie szalenie się zaangażowała, zobaczymy, czy starczy jej weny i wytrwałości. Bardzo mnie to cieszy, bo przekłada się również na działania dzieci w kuchni. Uczą się same! Całkiem niedawno, na jesieni, miałam taki pomysł, by je bardziej zaangażować w kuchenne sprawy. Założyłam mianowicie "Jesienną akademię kuchenną", wydrukowałam każdej uczestniczce karty z punktami do zaliczenia (różne ciekawe i proste sezonowe potrawy). Dziewczynki mogły mi zgłaszać, jakie danie chcą pod moim okiem zaliczyć, umawiałyśmy się na określony dzień, ja kupowałam produkty, itp. Wypaliło całkiem fajnie, chociaż z każdą z panienek trzeba było postępować inaczej: jedna lubiła robić wszystko sama (najlepiej, by mnie w ogóle nie było w kuchni), a jak w czymś pomogłam, to "już się nie liczy". Inna z kolei dobrze się realizowała we współpracy. ogółem - wyszło świetnie. Zimą próbowałam rozkręcić podobną imprezę, ale nie starczyło mi energii, niestety (rozkręcałam wtedy drugiego bloga). Energia po lecie jakoś szybko wyparowuje, mnie starcza zazwyczaj do początku zimy. Jak sobie przypomnę, ile wtedy zrobiłam różnych rzeczy, na przykład przetwory, z których teraz dojadamy już ostatnie sztuki...

11 komentarzy:

  1. Agnieszko, ale Ty masz pomysly. Ciekawe.
    Ja jestem niemuzykalna, nie potrafie nic zanucic. Wydaje mi sie, ze wychowanie muzyczne nic by tu i tak nie pomoglo...
    Zabieram sie do odpisania na Twoj list.pa
    M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale masz fachowe koroneczki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, tak tak. U nas troglodyci uważają, że stylowo, a może nawet bardziej patriotycznie jest groźnie porykiwać (i rechotać w chwilach relaksu). Jakakolwiek muzykalność jest dla nich chyba niemęska... ;-)))

    OdpowiedzUsuń
  4. @Małgosia: Wydaje mi się, że jednak ogromnie dużo zależy od właściwej edukacji muzycznej i kultury w otoczeniu. Byłam świadkiem, jak na warsztatach Jacka Ostaszewskiego najbardziej zatwardziali niemuzykalni (którzy nie byli w stanie powtórzyć wysokości dźwięku) zaczynali śpiewać czysto. Oczywiście, trzeba było zadziałać specjalnymi metodami, ale to w końcu byli dorośli, z dziećmi jest łatwiej. Sądzę, że najczęściej chodzi o blokady psychiczne różnego rodzaju. Oczywiście, ludzie bez słuchu muzycznego też istnieją...
    @@Lilka: koroneczki kupuję w szmateksach, nie mam czasu dziergać. Małe, a cieszy :-)Napisy kaligrafowałam sama. Liluś, odpiszę na list dzisiaj wieczorem, I hope.
    @Lukrecja: A macie tam na Żoli troglodytów? Tak, swoją drogą, śpiewanie wymaga minimalnego kontaktu ze swoim "ja", o co trudno nieraz w męskim gronie popisujących się facetów.

    OdpowiedzUsuń
  5. Agnieszko ale ty fajnne rzeczy z dziećmi robisz, zawsze wpędzałaś mnie w tej materii w kompkleksy. Ja się boję Manię wpuścić do kuchni, że gaz, że ogień. Od dosłownie miesiąca sama wstawia wodę na herbatę a Twoje dzieci gotują. Usciski a.

    OdpowiedzUsuń
  6. Też się czasem troszkę obawiam, ale nie pozwalam gotować, kiedy nie ma dorosłych w domu. I w dużej mierze one chcą zajmować się kuchnią (zwłaszcza Dorotka) pod wpływem wewnętrznych ciągot. Może "Akademia Kuchenna" była tylko takim katalizatorem, takie mam przemyślenia. No, i troszkę je oswoiła z kuchnią. Ja sama miałam mamę, która nie pozwalała za bardzo przejąć inicjatywy w gotowaniu, chociaż, owszem, "obierz ziemniaki" można było czasem usłyszeć. Ale z tego nie było żadnej satysfakcji :-), więc uważam teraz, żeby dziewczyny mogły coś zrobić same, od A do Z. Dopiero to jest naprawdę fajne.

    OdpowiedzUsuń
  7. Gotowanie z mamą jest bezcenne! Kiedy byliśmy dzieciakami, wszyscy chcieliśmy. W efekcie np. na święta przeróżne miał swoją potrawę, którą z mamą robił. Kuchnia była u nas za wąska na trójkę. To był cudowny wyjątkowy czas - tylko mama, ja i pierniczki :-) Moje córeczki też bardzo się do kuchni garną, ale są jeszcze małe i podobnie jak Ania boję się, że gaz, wrzątek itd. Walczę ze sobą, żeby w nich tej ciekawości swoim lękiem nie stłamsić.
    Ja chyba jestem przykładem tej niemuzykalnej od urodzenia. Moja mama bardzo lubi muzykę i zawsze muzyka u nas w domu był, najczęściej poważna. Mama miała dwa podwójne abonamenty do filharmonii (czyli raz na dwa tygodnie koncert)i zawsze któreś z nas zabierała. Często chodziłam z mamą, ale nie dlatego że lubiłam muzykę, tylko ze względu na radość wyjścia tylko z mamą. Mogę powiedzieć, że byłam "bombardowana" dobrą muzyką, co mnie, niestety, z żalem przyznaję, nie umuzykalniło. Do dziś najbardziej lubię poezję śpiewaną - pewnie dlatego, że jest tam równowaga słów i muzyki. Ściskam, anula

    OdpowiedzUsuń
  8. Anulko, miło, że się odezwałaś. Twoja Mama zawsze mi się taka właśnie ciepła i domowa wydawała... No, i ta radość, że coś się robi tylko z mamą, w domu, w którym jest trójka dzieci - nie do przecenienia. A ostatnio pożyczyłam dziewczynkom książkę kucharską dla dzieci (jest ich teraz mnóstwo) i w tej akurat zawsze w 'niebezpiecznym' momencie jest napisane dużymi literami: POPROŚ DOROSŁEGO O POMOC (np. przy zabawie z wrzątkiem). A poza tym, dzieci wszystko robią same, same przygotowują - fajne podejście.
    Myślę, że "bombardowanie" nie było na próżno, chociażby dlatego, że potrafisz docenić dobrą muzykę (wiem to!). Trudno powiedzieć, czy inne trudności nie wynikają jednak z zablokowania, z mojego doświadczenia wynika, że dzieje się to na bardzo wczesnym etapie. Ale to już osobny temat, na pogadanie. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam podobne refleksje z moimi talentami plastycznymi. Właśnie w tym roku odkryłam, że jednak umiem coś namalować i broszkę z filcu też wydziergam. A jeszcze kilka miesięcy temu zarzekałabym się, że nie mam talentu i nawet bym nie próbowała!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ps. O talentach plastyczntych to byłam ja - Karinko

    OdpowiedzUsuń
  11. O, właśnie. Trzeba wierzyć w swoje zdolności, nieraz głęboko ukryte... Pozdrawiam, Agnieszka (niezalogowana)

    OdpowiedzUsuń