sobota, 31 marca 2012

Sycylia, c.d.

(Syrakuzy, Ortigia, załapała się mewa)

Czas się ścisnął boleśnie i skurczył jakoś w tym tygodniu, który właśnie się kończy. Ciekawy i zmienny czas, niemal jak pogoda za oknem. Dzisiaj bardziej domowy, w wygodnych ciuchach, wśród kuchennych spraw. Nadrabiam (trójpolówka) gotowanie, pieczenie, prasowanie i pranie. Przypomina mi się tu fraza "Łasucha literackiego" Musierowicz, gdzie autorka prezentuje kulinarne wyczyny swoich bohaterów. Troszkę, ale tylko trochę odnajduję się w portrecie Mamy Żakowej, chyba głównie przez skłonność tejże do nagłych zrywów i odpuszczania sobie:
"Wiemy już, jak Mama Żakowa dba ona co dzień o przyziemne sprawy kuchni. Jednakże, w miarę zbliżania się Gwiazdki pani Irenka podlega wzmagającym się naciskom ze strony rodziny, spragnionej świątecznego ciepła. W rezultacie tej presji, pod koniec adwentu Mama Żakowa wykonuje superpiernik, dzieło kosztowne, lecz absolutnie rewelacyjne i tym samym odzyskuje twarz, na krótko, zresztą. Żeby znów ją odzyskać, będzie się musiała natyrać przed Wielkanocą."
Co czeka również piszącą te słowa.

A tymczasem jeszcze o Sycylii, dla wytrwałych.

Widoki
Jeśli ktoś spodziewa się ujrzeć na Sycylii krajobrazy rodem z okładek książek o Toskanii, może się trochę rozczarować, przynajmniej w tej części wyspy, w której my byliśmy. Lasy zostały wytrzebione już dawno (podobnie, jak w części Hiszpanii, gdzie posłużyły jako budulec dla floty), pozostały góry i pagórki, o tej porze roku zielone jeszcze, później spłowiałe od słońca. Podczas drogi autobusem z Caltanisetty do Agrygentu krajobraz raczej przygnębiał, niż zachwycał. Gdzieniegdzie widać było ślady dawnej przeszłości, tak wciąż charakterystyczne dla środkowych Włoch: idealnie ulokowana na wzgórzu stara willa, wkomponowana malowniczo w otoczenie, podobnie jak wiodąca do niej droga obsadzona drzewami. Jeśli taki obrazek gdzieś się pojawił, to siedlisko było niezmiennie opuszczone, zaniedbane, czy wręcz w ruinie, podobnie, jak ogrody, drogi czy winnice. Dowiedzieliśmy się potem, że właścicieli nie stać na utrzymanie swoich willi, zbudowanych wszakże w czasach, gdy pracowali na nie okoliczni chłopi, dzierżawiąc grunty. Czasem jakiś cudzoziemiec coś kupi, ze względu jednak na mafijną sławę Wyspy transakcja taka jest obarczona ryzykiem (np. regularnego haraczu, napadów, kradzieży). Współczesna zabudowa w okolicach Agrygentu jest chaotyczna i brzydka; klockowate domki, zabałaganione podwórza, brak jakiejkolwiek idei współbrzmienia domu z krajobrazem. Trochę jak u nas na Mazowszu. Tyle, że góry i pagórki ładne, jakieś sady kwitnące, drzewa oliwne, owce na zboczach. I morze, przebłyskujące na horyzoncie od czasu do czasu.


Gdy zapytać Sycylijczyków, co u nich na wyspie jest najpiękniejsze, powiedzą właśnie, że morze. Mają na tym punkcie stanowczą obsesję, rozmawiając z nimi dopiero widać różnicę: ten kraj się z morzem identyfikuje, czego zupełnie nie można powiedzieć o Polakach (w dużej części), chociaż mamy przeszło 500 km wybrzeża! I jeszcze casus Warszawy, odwróconej plecami do Wisły. Dziwne.
A wybrzeże sycylijskie jest rzeczywiście urokliwe. Nie widziałam za wiele pięknych plaż we Włoszech (w przeciwieństwie do Chorwacji, na przykład, czy Polski!), właściwie przed Sycylią to mogę wymienić jedną: w Circeo w Sabaudii, legendarnym miejscu pobytu nimfy Kirke, z którą miał przygodę Odyseusz. Na Sycylii się to zmienia, morze jest przepiękne, brzeg malowniczy, rzeczywiście.
Z okolic Caltanisetty przenieśliśmy się na wschód, w rejon Val di Noto. I tu krajobraz sycylijski zrehabilitował się nieco w naszych oczach: znikły industrialne straszydła, pojawiło się więcej tradycyjnych, starych zabudowań z dachówkami z terakoty. I cecha charakterystyczna: kamienne murki zwane muri a secco, bo budowane bez zaprawy, oddzielające poletka i pastwiska. Podobne widziałam na Sardynii lata temu i w ... Walii. (Pod Agrygentem, o zgrozo, funkcję murków przejęły ohydne pomarańczowe plastikowe taśmy!).



A sama Val di Noto to niezwykle ciekawy obszar, pełen głębokich kanionów, nieco nawet zalesionych gór; zamiast migdałowców zaś kilometry sadów pomarańczowych i gajów cytrynowych, pełnych owoców. Opadłe po ulewach owoce leżące wśród żółtych wiosennych kwiatów!




I znów pojawiły się widoki, które co krok spotykaliśmy w Lacjum, Umbrii i Toskanii: miasteczka na wzgórzach, opasane murami, bielące się kamieniem w słońcu. Kilka godzin spędziliśmy odwiedzając cudne miejsce:


Ragusa Ibla, miasto całkowicie zniszczone przez trzęsienie ziemi w 1693 roku i odbudowane w całości w barokowym stylu.








Nocowaliśmy w Modice, kolejnej ofierze trzęsienia ziemi, które zaowocowało barokiem. Wiem, można tego stylu nie lubić (na północy Italii przeważają miasta średniowieczne i renesansowe), ale miasto jako całość, z uliczkami, bramami, domami, o wiele bardziej powściągliwymi, niż kościoły, to jednak piękny widok.
Modica położona jest częściowo na bardzo wysokim wzgórzu (Modica Alta) oraz w dolinie.




Z naszym drogim servasem, Maurizio, przez kilka godzin obeszliśmy Górne Miasto, by potem, na ostatnich nogach, zagłębić się w plątaninie ulic na dole. Maurizio, młody jeszcze i przemiły facet, charakteryzował się tym, oprócz pogody ducha i wielu innych zalet, że znało go niemal pół miasta, takie przynajmniej odnieśliśmy wrażenie. Podczas jednego popołudnia pozdrowiło go po drodze chyba z pięćdziesiąt osób! Ponoć narzeczoną, Carmelę, to zaczęło już drażnić i bardzo chętnie pojechałaby z Mauriziem tam, gdzie nie zna go nikt. Podjęli ponoć raz próbę i pojechali do Katanii, jednak i tam znalazł się ktoś, kto Maurizia znał i pozdrowił na ulicy... Dzięki niezwykłym walorom towarzyskim naszego gospodarza mogliśmy za to wejść do wielu miejsc, m.in do teatru, gdzie zaraz przedstawieni zostaliśmy słynnemu miejscowemu artyście. Jeszcze trochę, a i nas by wszyscy znali :-)
Krajobraz wschodniego wybrzeża to kolejna twarz Sycylii: dominuje go Etna, zaśnieżona po czubek (czy raczej czubki, bo ma wiele kraterów). To jednak całkiem spora góra, ponad trzy tysiące metrów. Za naszego pobytu dymiła leciutko, by, w kilka dosłownie godzin po naszym wylocie do Warszawy, wybuchnąć. Sparaliżowało to ruch powietrzny - szkoda, że nie widzieliśmy erupcji, ale prędko byśmy się z Wyspy nie wydostali. Albo z Rzymu, bo lecieliśmy z przesiadką.


Wschodnie wybrzeże jest piękne również, my oglądaliśmy morze głównie w Taorminie, gdzie na kamienistej plaży leżą wielkie, wygładzone przez wodę bryły czarnej lawy na przemian z białym kamieniem i różowym marmurem. Woda jak turkus! I zapach ziół z pobliskich wzgórz, tam było już prawdziwe lato, musiałam kupić krem z filtrem, nieprzezornie zapomniany podczas pakowania, inaczej bym się poparzyła, jak to ja, blada twarz.




Wyspę Ortigia, serce dawnych Syrakuz, Tomek ocenił jako ciekawszą od Wenecji (którą, bądź co bądź, ostatnio regularnie nawiedza). Natrafiliśmy tam na mercato koło portu: kupiliśmy chleb, garść oliwek, miejscowy owczy ser i kilka gruszek. Jaka uczta w słońcu, tak prosto, a jak smacznie!





I wreszcie Katania, ulubione miasto mojej siostry, ale nasze chyba jednak nie, nie ujmując mu niczego. Duża, hałaśliwa, bardzo żywa, niesamowicie brudna (mimo pracujących non stop służb oczyszczania miasta i planowanych mandatów w wysokości 500 Euro - sic! - za rzucony niedopałek). Domy z czarnego kamienia wulkanicznego, bardzo charakterystyczne. Spaliśmy w hoteliku z widokiem na dymiącą Etnę. Niebo było już prawdziwie wiosenne.

3 komentarze:

  1. Agnieszko, cudowności, barokowe miasteczka niezwykłe. Michał już kilka razy powtórzył, że jest pod wrażeniem zdjęć. Włoskie Vespy to i u nas częsty widok a murki z kamienia "na sucho" od razu przywiodły mi na myśl Estremadurę. Uściski a.

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu, tak po cichu liczyłam na to, że właśnie Ty docenisz ten barok!

    OdpowiedzUsuń
  3. No i pieknie bardzo dziękuję za tę wycieczkę, pozdrawiam
    j

    OdpowiedzUsuń